W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Szczegółowe informacje znajdują się w POLITYCE PRYWATNOŚCI I WYKORZYSTYWANIA PLIKÓW COOKIES. X
Historia, która wygrała koszulkę z podpisem RONALDO!

Historia, która wygrała koszulkę z podpisem RONALDO!

11.11.2019

Drodzy czytelnicy, nadszedł czas na ogłoszenie zwycięzcy w zabawie "Moja prawdziwa historia" w której do wygrania była koszulka z podpisem RONALDO. Dziękuję za wszystkie nadesłane prace. Każdą z nich czytałem z ogromnym zaciekawieniem. Poznaliście zwycięzcę zabawy, poznajcie i Jego historię ..

To nie koniec niespodzianek jakie dla Was przygotowałem ... Oprócz zwycięzcy, chciałbym skontaktować się jeszcze z min. dwoma osobami, które nadesłały swoje prace i im również chciałbym coś zaoferować... Czekajcie na kontakt ode mnie:)


Poniżej historia Wojtka!

Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się w 1988 roku, gdy wraz z rodzicami pokonaliśmy 929 kilometrów żółtym maluchem z Mrągowa do Langenhagen w Zachodnich Niemczech. Miałem wówczas jedynie cztery lata, rodzice uciekali przed szarością komunizmu, dla mnie cała wyprawa była bardziej przygodą, nie zdawałem sobie wówczas jeszcze dokładnie sprawy dlaczego i dokąd w ogóle jedziemy.

Nowy kraj, nowy język, nowi przyjaciele. Z dnia na dzień musiałem nauczyć się niemieckiego i dać sobie radę w nowym otoczeniu. Rodzice pomagali mi ile się dało, ich najlepszą decyzją było jednak z pewnością zapisanie mnie do dziecięcej drużyny piłkarskiej SC Langenhagen. Nie umiałem wówczas jeszcze mówić po niemiecku, ale język piłki był dokładnie tym, czego potrzebowałem, aby znaleźć porozumienie z moimi rówieśnikami. Problem językowy dał o sobie znać także przy wyborze pozycji na boisku. Dostałem albowiem tą jakiej nie chciał nikt inny - lewa obrona. Nie było najlepszym trenerskim posunięciem ustawić tam wysokiego (jak na swój wiek) dzieciaka, który nie dość iż jest prawonożny, to nie rozumie ani jednego słowa, które w jego kierunku wykrzykuje bramkarz. Mimo to dawałem z siebie wszystko i cieszyłem się graniem jak na dziecko przystało.

Muszę przyznać, iż poziomem było mi daleko do Łukasza Piszczka, moja strategia obronna polegała bardziej na dosłownym staniu na pięcie napastnika drużyny przeciwnej. Gdy on ruszył się na bok (choćby i bez piłki), to i ja się posuwałem na bok, niemalże na nim stając. Był to doskonały przykład dawnej myśli szkoleniowej i "mark-your-man".

Dopiero po kilkunastu latach, gdy byłem już nastolatkiem, i wracałem wspomnieniami do tych dawnych lat, zdałem sobie sprawę jak wszystko było wówczas niezwykle dobrze zorganizowane. Komunizm na świecie wciąż trzymał się mocno, a my - kilkuletnie brzdące - mieliśmy profesjonalnie uszyte stroje, sztab szkoleniowy, wyjazdy na mecze i turnieje. Trzeba przyznać, iż organizacja stała na niesamowitym poziomie, coś z czego Niemcy słyną do dziś. I chyba właśnie wówczas - nie zdając sobie jeszcze z tego do końca sprawy - złapałem organizacyjnego bakcyla.

Do Polski wróciliśmy w roku 1992. Tęsknota za rodziną była dla nas wszystkich zbyt duża, no i do tego mieliśmy już w ojczyźnie demokrację, więc ciągnęło nas do domu jak niedźwiedzia do miodu. Znów zamieszkaliśmy w naszym cudnym Mrągowie. Chodziłem do nastolatków Mrągowii Mrągowo, gdzie przemianiowana mnie na pozycję DCM, czyli destruktora akcji przeciwnika i pierwszego ogniwa, które miało rozpoczynać akcje ofensywne naszego zespołu. Grać z rodziną obecną na trybunach i widzieć doping dziadków było dla mnie zawsze największą motywacją i jedną z najszczęśliwszych chwil w życiu. Łączyłem swoją największą pasję, piłkę nożną, i otrzymywałem za to brawa od najbliższych. Nie mogłem sobie wówczas wymarzyć niczego co dawałoby mi więcej szczęścia.

Już wówczas zaczęły się jednak pierwsze kontuzje. Miałem liczne problemy z prawym kolanem i tak naprawdę do dziś się z nim borykam, odczuwam czasem dalej bóle przy graniu i nie było możliwości, abym mógł zostać profesjonalnym graczem.

Nagle kończę 19 lat. Co robić dalej ze swoim życiem? Postanawiam wrócić do Niemiec, na studia. Kierunek Latynoamerykanistyka w Berlinie. Nie ma tu szczególnej logiki, po prostu chciałem znów pomieszkać w Niemczech, wrócić do szczęśliwych wspomnień dzieciństwa. Po niemiecku mówiłem biegle, a tak między nami - rodzice nie wiedzą o tym do dziś - kierunek Latynoamerykanistyka wybieram głównie ze względu na.. Ronaldo Luisa Nazario de Limę, Ronaldinho, Roberto Carlosa i piłkarzy z tego regionu świata. Byłem zafascynowany tym kontynentem ze względu na wartości piłkarskie, które ze sobą niósł. Może wówczas sam chciałem dowiedzieć się więcej o tej części globu, wyjechać tam już ze znajomością języka hiszpańskiego i zobaczyć jak największe talenty grają bez butów na plaży? W Berlinie dalej kontynuowałem granie, jednak tym razem już tylko na poziomie amatorskim, z kolegami ze studiów wynajmowaliśmy na parę godzin boisko i graliśmy na nim 6 na 6, trzy razy w tygodniu. Wspominam miło ten miks kultur, gdzie jednocześnie mogłem być w jednej drużynie z Meksykaninem, Włochem, Turkiem i Niemcem.

Gdy już miałem dyplom wyższej uczelni na wyciągnięcie ręki i przychodził czas ku temu, aby kupić ów dawno wymarzony bilet do Argentyny, stało się to, co się zazwyczaj dzieje w życiu. Zakochałem się i moje plany odwróciły się o 180 stopni. Moją wybranką (i późniejszą żoną) została Węgierka, Anett. Zamiast lecieć więc do gorącego Buenos Aires przeprowadziłem się do Budapesztu. Tłumaczyłem sobie, że nie jest źle. W końcu to kraj pochodzenia Puskasa, z pewnością będzie miał również wiele do zaoferowania pod względem piłkarskim. W Budapeszcie grałem dalej w międzynarodowym towarzystwie rekreacyjnie w piłkę nożną. I choć graliśmy rekreacyjnie to właśnie tu odniosłem największą kontuzję w swojej piłkarskiej przygodzie – wstrząs mózgu i osiem szwów na głowie. Trochę pechowo, gdyż incydent miał miejsce w ostatniej minucie meczu, kiedy to zderzyłem się głową z przeciwnikiem walcząc o wysoką piłkę. Do dziś (choć minęło już parę lat) boję się skakać po wysokie piłki. Chociaż podczas zabiegu lekarza mówili do mnie jedynie po węgiersku, ja zaś nie umiałem ani słowa w tym języku, zabieg był udany, zszyli mnie dobrze jakbym był rozprutym miśkiem.

Po tym wypadku odsunąłem się trochę w cień, odchodząc od aktywnego grania, zajmując się bardziej organizacją imprez sportowych. Stworzyłem swój własny turniej piłkarski dla obcokrajowców w Budapeszcie, który nazwałem „Mundial de los muchachos”. Pierwsza edycja była skromna, z jedynie kilkoma drużynami. Z czasem się jednak rozrastał . Na potrzeby turnieju zorganizowałem nam boiska, sędziów, profesjonalnych fotografów, robiłem z uczestnikami wywiady i doskonale się przy tym bawiłem. Podobno uczestnicy również chwalili sobie ideę turnieju i jego organizację.

Prawdziwe wyróżnienie otrzymałem jakiś czas później. Widząc moje zaangażowanie w organizację turnieju i aktywność, otrzymałem ofertę trenowania kobiecej drużyny piłkarskiej „Tigers”. Oczywiście non profit, miałem im wytłumaczyć tajniki piłki, podszkolić z taktyki i przygotować na turniej, który wówczas (rok 2018) odbył się w Wiedniu. Chętnie się zgodziłem i naprawdę czułem się jak ryba w wodzie, tłumacząc i szkoląc dziewczyny. Z początku byłem na tyle stremowany iż szkoliłem się dodatkowo z filmów na YouTube oraz książek. Zarywałem noce, aby przyjść na trening przygotowany pod każdym kątem, ale im dalej w las, tym było lepiej, mniej stresu i świetnie się wszyscy bawiliśmy.

Turniej w Wiedniu nie poszedł nam do końca po naszej myśli. Zawaliliśmy ostatni mecz grupowy i nie udało nam się dostać do dalszej fazy play off. Trochę rozczarowani nie poddaliśmy się jednak i kontynuowaliśmy nasze treningi. W roku 2019 odbył się kolejny turniej, tym razem w Bordeux we Francji i moje „Tygrysice” doszły do finały, zajmując drugie miejsce na 16 drużyn! Duma rozpierała mnie niezwykle, czułem się częścią tej drużyny i przeżyłem z dziewczynami niesamowitą przygodę piłkarską.

Jak zaś prezentują się moje sportowe plany na przyszłość? Rzecz jasna w 2020 chcemy zdobyć z „Tygrysicami” tytuł mistrzowski. Będzie ciężko, gdyż drużyna z Niemiec od lat dominuje mocno rozgrywki. Ale siedzę nad kolejnymi analizami i jestem optymistą. Damy z siebie wszystko.
Co więcej w tym roku urodził mi się syn, Benjamin. Jest pół Węgrem, pół Polakiem, stąd kiedyś będzie musiał stanąć przed niezwykle ciężkim wyborem, którą reprezentację piłkarską wybrać. Wybór pozostawiam jemu samemu. Na Mazurach, gdzie znów mieszkamy, będzie mieć możliwość do kontemplacji i podjęcia ostatecznej decyzji. Tymczasem ja sam znów zajmuję się tym, w czym czuję się najlepiej. Dzielę się z nim zainteresowaniem piłką nożną i pięknem tego sportu. Albowiem jak widać na moim przykładzie, miłość do piłki najlepiej zaszczepić od dziecka!



Polub nasz profil

Dodaj komentarz

Autor:
Treść komentarza:

Wybierz obrazek na którym narysowany jest dom: