W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Szczegółowe informacje znajdują się w POLITYCE PRYWATNOŚCI I WYKORZYSTYWANIA PLIKÓW COOKIES. X
Hellosport. Historia prawdziwa

Hellosport. Historia prawdziwa

26.09.2019

We wrześniu 2019 mijają dwa lata od kiedy postanowiłem wystartować z Hellosport.pl. W tym czasie, na moim blogu mogliście poznać kilka moich sportowych przeżyć, wiele ciekawostek oraz wziąć udział w akcjach, które wspomagają tych najbardziej potrzebujących. Nadszedł jednak czas na poznanie prawdziwej historii, która nie zawsze była tak kolorowa, ale która na dzień dzisiejszy kończy się Happy Endem. I to takim z przytupem …

Na samym wstępie zaznaczę, że warto przeczytać ten artykuł do końca. I to nie dlatego, że ja tak chcę. Po prostu dowiecie się, co teraz ze sfery sportowej czyni mnie bardzo szczęśliwym człowiekiem, a Wam da możliwość wygrania … No właśnie. Mam dla Was coś fascynującego, coś takiego, że ciężko mi się z tym rozstać. Ale od początku …

Mój kontakt ze sportem rozpoczął się w 1984 roku. Wówczas, jako uczeń szkoły podstawowej, udałem się na trening trampkarzy do poznańskiej Warty. Trening, na który się spóźniłem, co od początku spowodowało, że w oczach trenera wypadłem na mało poważnego młokosa. Moja fascynacja piłką nożną była jednak ta ogromna, że wszelkie moje wpadki postanowiłem odpracować na boisku. Nie odwdzięczałem się jednak strzelaniem goli, ponieważ pozycję jaką dla mnie wymyślono, była lewa obrona. Na tamte czasy, była to chyba najbardziej nielubiona pozycja na boisku, ale ja, jako lewonożny „grajek” musiałem się temu podporządkować. Z czasem przywykłem do mojej roli, bo i bramki naszej drużyny, musiał ktoś w końcu jednak strzec. W latach 80-ych w Warcie mieliśmy naprawdę niezłą paczkę. Trenerzy wielu klubów uważali, że lewa strona młodych trampkarzy „zielonych”, to była strefa nie do przejścia dla przeciwników. Może nie do końca tak było, ale grając na jednej stronie z „Rybą” (Tomasz Rybarczyk) i „Zochą” (Marek Wilczyński) człowiek mógł czuć się pewnie. Inni koledzy z drużyny też niczego sobie. Maciej Kubisiewicz to król środka pola. Marcin Nowakowski i Przemek Erdman to łowcy bramek. Z biegiem czasu dołączyła do nas jeszcze jedna osoba. Maciek Żurawski. Początkowo, szczupłej budowy, niewysoki „Żuraw”, z biegiem czasu zamienił się w dobrze zbudowanego, rozgarniętego piłkarza. Mistrz! Pomimo, że był od nas 2 lata młodszy, z miesiąca na miesiąc, zaczął coraz bardziej nam „uciekać”. Klasa chłopak. Na pewnym etapie, znalazłem się również w jednym teamie z Piotrkiem Tomaszczakiem („Wasylem”) i Arkiem Miklosikiem („Miklosem”). Pierwszy z nich to ostatni obrońca, czyszczący wszystko to, co my przepuściliśmy. Przejść Wasyla to tak, jakby przedrzeć się w pojedynkę przez blokadę policjantów. W zasadzie niemożliwe. „Miklos” …, szybkość nie była jego domeną. Nie była mu ona jednak potrzebna. Taki przegląd pola jaki miał ten chłopak … Każde jego długie podanie trafiało idealnie pod nogi adresata. Miał tą precyzję. Dyrygował całym zespołem, zostając ostatecznie jego kapitanem.



Pierwszy z prawej




Trzeci od lewej w dolnym rzędzie




Czwarty od lewej w górnym rzędzie




Piąty od lewej w górnym rzędzie

… i kiedy wydawało się, ze wszystko idzie w jak najlepszą stronę, wydarzyła się katastrofa. W meczu z Lechem Poznań, po raz pierwszy doznałem kontuzji kolana. Noga wykręciła mi się nienaturalnie, co spowodowało, że jeszcze w pierwszej połowie pojedynku musiałem opuścić plac gry. Później kontuzje te się powtarzały. Mimo, że nigdy nie doszedłem już do pełnej sprawności, swoją grą udowadniałem, że chcę coś osiągnąć. Najpierw trafiłem do kadry WZPN, a następnie do kadry Makroregionu. Obozu przygotowawczego w Raszewach, na którym pokój dzieliłem z Darkiem Wojciechowskim (były piłkarz Olimpii Poznań, Lecha Poznań, Śląsku Wrocław czy Dyskobolii Grodzisk) nie zapomnę nigdy. Taki wycisk co my tam dostawaliśmy … Treningi były tak ciężki, że nawet Olgierd Moskalewicz (były zawodnik Pogoni Szczecin i Wisły Kraków) miał problemy aby je wytrzymać. Nikt jednak wówczas nie narzekał, to było nasze życie. I to życie chwilowo umarło … Był rok 1991. Jako wyróżniającego się juniora, Warta Poznań zgłosiła mnie do szerokiej kadry w II lidze (ówczesna II liga to odpowiednik dzisiejszej I ligi). Miałem usiąść w pierwszym meczu na ławce rezerwowych, jednak nie było mi to ostatecznie dane. Tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek w których miała zadebiutować II ligowa Warta, trenerzy poprosili mnie, abym zagrał jeszcze mecz z juniorami w Kołobrzegu. Spełniając prośbę coachów, nie wiedziałem, że będzie to ostatni pojedynek w barwach mojego ukochanego klubu. Nie zapomnę tego nigdy. W 22 minucie meczu strzeliłem bramkę na 3:0 dla zielonych, a już 11 minut później znoszono mnie z murawy. Znowu kolano … Wiedziałem, że to już koniec. Załamałem się. Cztery artroskopie nic nie pomogły. Odwiedzałem najlepszych ortopedów w całej Polsce. Bezskutecznie. Świat chwilowo mi się zawalił. Jeszcze w 2000 roku, nie w pełni sprawny, spróbowałem grać dla Lubońskiego Luboń (IV klasa rozgrywkowa). I ta przygoda nie trwała długo … W drugim miesiącu treningów kolano nie wytrzymało po raz enty.



Pierwszy od lewej w dolnym rzędzie

Piłce musiałem powiedzieć STOP. Trwało to 12 lat. W międzyczasie w 2004 roku postanowiłem zoperować jedno kolano. Osiem lat później drugie. Po niezwykle długiej przerwie, piłkę zacząłem kopać ponownie w 2012 roku. Czułem się dziwnie. Jakbym na nowo się tego uczył. Uraz psychiczny był tak ogromny, że gdy tylko zbliżał się przeciwnik, ja mimo woli, chowałem nogę. Pierwszy rok gry po tak długiej rozłące z futbolem, nie sprawiał mi w ogóle żadnej radości. Cały czas był strach przed kolejną kontuzją. Mijały kolejne miesiące, aż trafiłem do najlepszego osteopaty w Polsce. Marcin Ganowski, bo o nim mowa, przywrócił mnie do życia. Jego klinika poważnie się za mnie zabrała. Codzienna rehabilitacja, ciężkie ćwiczenia, ból. Każdy dzień przybliżał mnie do gry na boisku w taki sposób, abym mógł się zaangażować przynajmniej na 90%. Tak jak wyżej wspomniałem, Marcin przywrócił mnie do świata żywych. Kiedy pierwszy raz rozegrałem mecze w amatorskiej lidze Red Box w Poznaniu nie odnosząc żadnej kontuzji, byłem tak szczęśliwy, że trudno to opisać. Ze szczęścia poprosiłem moją koleżankę produkującą biżuterię, aby na specjalnej blasze, którą nosiłem na szyi, wygrawerowała mi napis: „Dreams come true. I believe it” („Marzenia się spełniają. Wierzę w to”). Mam tę blachę do dzisiaj. Zresztą z biegiem czasu, na drugiej stronie „amuletu” dołożyłem kolejną sentencję „Impossible is nothing” („Nie ma rzeczy niemożliwych”). Teraz już to wiem. Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że marzenia się nie spełniają, nie uwierzę w to. Czasami tylko trzeba temu pomóc ciężka pracą i wytrwałością. Ja tak zrobiłem.






Kiedy wydawało mi się, że wszystko to, co najlepsze w świecie sportu mogło mnie spotkać, już poza mną, po wielu latach odnowiłem kontakty z moim przyjacielem z lat młodzieńczych … Przemkiem Erdmanem.





Od pierwszego spotkania poczuliśmy więź, którą ciężko chyba dzisiaj rozłączyć (takie są moje odczucia). Ten chłopak spowodował, że moje piłkarskie przygody nabrały wariackiego tempa. W 2018 roku to dzięki Przemkowi otrzymałem możliwość zagrania w teamie Fabryki Futbolu, w prestiżowym turnieju halowym w przepięknym obiekcie – Ergo Arenie. Ja, niedawno jeszcze notorycznie kontuzjowany „sportowiec”, otrzymałem szansę zmierzenia się z ekstraklasowymi piłkarzami Śląska Wrocław, Wisły Płock czy Lechii Gdańsk. Otrzymałem możliwość gry przeciwko piłkarzom, których na co dzień oglądam w telewizji. Byłem w Raju! Kiedy w tym wszystkim nadszedł moment strzelenia przeze mnie gola piłkarzom z Gdańska, myślałem że odfrunę. Dobrze, że nie mam skrzydeł, bo trzepotałbym zapewne pod dachem tej przepięknej hali. Zagrać przeciwko takim drużynom to jedno…, zagrać jednak w jednej drużynie z takimi gośćmi jak: Błażej Telichowski, Bartosz Ława, Michał Janota, Olgierd Moskalewicz czy Mateusz Bąk to szczyt szczytów! Po tym turnieju mogłem już umierać????. Przeżyłem to, czego nikt do końca życia już mi nie odbierze. I kiedy wydawało się, że nic lepszego nie może mnie już spotkać, ja ciągle dostaję od życia jakieś bonusy. Pod koniec 2018 roku otrzymałem propozycję wspólnego, cyklicznego grania w piłkę nożną z chłopakami, którzy na piłce znają się jak mało kto, a wielu z nich ma również za sobą fantastyczne kariery piłkarskie. O kilku osobach naprawdę warto wspomnieć. Przemek Erdman – dzięki niemu w zasadzie przeżywam ten piękny czas. Gram, poznaję nowych ludzi, … Przemek to dla mnie w moim małym świecie sportu GOŚĆ NR 1! Tomek Magdziarz – Tomka poznałem najpóźniej z nich wszystkich, ale mam wrażenie, że jest między nami dużo zrozumienia. Kiedyś oglądałem Jego mecze w poznańskiej Warcie, dzisiaj wspólnie wygrywamy pojedynki z naszymi przeciwnikami. Przyjęło się już, że gdy jesteśmy razem w drużynie – nie przegrywamy pojedynku????. Błażej Telichowski – o nim pisałem już dużo w poprzednich artykułach. Bardzo lubię tego gościa, zawsze uśmiechnięty, a mnie, mocno odbiegającego umiejętnościami od jego, mam wrażenie że szanuje. Darek Wojciechowski i Szymon Pacanowski – managerowie z Fabryki Futbolu. Darek to ciągły jajcarz. Na spotkaniach bryluje, podobnie zresztą jak na boisku…, przynajmniej jak ma piłkę na lewej nodze????. Szymon, spokojny, jednym niekonwencjonalnym uderzeniem zamyka usta wszystkim krytykom. I zrobi to zawsze w najmniej spodziewanym momencie. Mariusz Wysocki – koleżeński, sympatyczny. Zawsze pomocny. Na piłce zna się jak mało kto, nawet na tej egzotycznej. Nie sposób wymienić wszystkich, ale jak dodamy do tego przesympatycznego Jarka Araszkiewicza, rzucającego się w bramce jak lew Norberta Tyrajskiego, świetnie kiwającego, z piorunującym uderzeniem Libera, pracującego na całym boisku Leszka, i dziewiętnastoletniego młodzieńca (imienia na razie nie zdradzę), który …. – zresztą mam nadzieję, że sami za kilka lat będziecie o nim czytali na wszystkich portalach sportowych, sami przyznacie, że mam szczęście.

I kiedy wydawałoby się, że limit szczęścia już się wyczerpał, spotkała mnie kolejna niespodzianka. Wraz z kolegami z Fabryki Futbolu mam ogromną przyjemność dzielić z nimi miejsce w specjalnej loży na stadionie Lecha Poznań. To rzecz o której marzy wielu z Was … Dobrze o tym wiem i być może kiedyś uda mi się jednego z Was tam zaprosić.





















Uwierzcie mi, doceniam to co mam. Doceniam tak bardzo, że sam próbuję nieść szczęście i robić niespodzianki innym. Już od dłuższego czasu staram się organizować różnego rodzaju akcje charytatywne, pomagać dzieciom z Domów Dziecka czy wspierać tych, którzy pomocy potrzebują. O niektórych moich akcjach piszę na swoim blogu lub Facebooku, o wielu nie wspominam. Nie chcę Was nimi zanudzać. Podsumowując jednak moją charytatywną działalność, chciałbym Wam zakomunikować, że najwięcej radości przyniosła mi akcja, którą organizowałem w grudniu 2017 roku. Wraz z ponad połową klubów ekstraklasy zorganizowaliśmy wiele gadżetów sportowych z podpisami ekstraklasowych piłkarzy. Wszystkie te upominki trafiły do Domów Dziecka zlokalizowanych w całej Polsce. W pięciu z nich, udało mi się być osobiście, dzięki czemu mogłem wręczyć dzieciom nagrody, pograć z nimi w piłkę czy wziąć udział we wspólnej Wigilii Bożego Narodzenia. Spotkania z dziećmi z miast: Chełmno, Płońsk, Police, Wojcieszów czy Wilków na długo pozostaną w mojej pamięci.

Uszczęśliwianie innych przynosi mi ogromną radość. Z okazji II rocznicy funkcjonowania Hellosport.pl chciałbym taką radość sprawić kolejnej osobie. Posiadam rzecz, którą zapewne wielu z Was chciałoby otrzymać. Będzie taka szansa. Już w październiku na moim Facebooku ogłoszę dla Was specjalny konkurs. Warunkiem będzie m.in. polubienia mojego fanpage Hellosport (facebook.com/sportowenowiny) oraz …, dowiecie się już nie długo! A teraz krótko o nagrodzie. Szczęśliwiec, który wygra zabawę otrzyma … koszulkę Ronaldo (w barwach Juventusu) z jego autografem! Koszulka ta miała być moją pamiątką. Teraz postanowiłem ją jednak przekazać w ręce jednego z Was…



Być może i nie na samej koszulce Ronaldo się zakończy! Ci co mnie czytają wiedzą, że Hellosport potrafi wyczarować cuda!

… dlatego śledźcie Hellosport (na Facebooku: facebook.com/sportowenowiny; na Instagramie: Hellosport_), a wkrótce poznacie szczegóły zabawy.


Polub nasz profil

Dodaj komentarz

Autor:
Treść komentarza:

Wybierz obrazek na którym narysowany jest dom: