W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Szczegółowe informacje znajdują się w POLITYCE PRYWATNOŚCI I WYKORZYSTYWANIA PLIKÓW COOKIES. X
Od kraksy w 1951 roku po wypadek Karola Szymańskiego!

Od kraksy w 1951 roku po wypadek Karola Szymańskiego!

25.04.2019

Od kilkunastu dni zastanawiałem się, którą z bliskich mi sytuacji chcielibyście abym Wam opisał. Po głowie chodziły mi tematy z piłki nożnej, tenisa ziemnego czy boksu. Na pewno przyjdzie na nie jeszcze czas, natomiast historia, którą chciałbym Wam dzisiaj przedstawić związana jest z kolarstwem. I nie będzie to opowieść o zdobywaniu trofeów, a o momentach na szosie, o których ich bohaterowie chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Kraksy i nie tylko!

Podobnie jak fatalne kontuzje w futbolu czy ciężkie nokauty w boksie, tak samo do dramatycznych scen dochodzi na ulicach. Nie może być jednak inaczej, skoro zawodowi kolarze potrafią na dwukołowcu osiągnąć niebotyczne prędkości, a jedną z nich chwalił się nasz rodak Michał Kwiatkowski oznajmiając w mediach społecznościowych swój wyczyn – 102,2 km/h. Istne szaleństwo. Nie ma szans, aby w takich sytuacjach nie dochodziło co jakiś czas do dramatów … Jeden z nich przeżył rok temu mój kolega Karol Szymański, ale zanim opiszę Wam Jego przypadek, poznajcie kilka przykładów ze świata …

Jedną ze starszych historii jaką chciałbym Wam przytoczyć to przypadek Wima van Esta. Był rok 1951 i właśnie odbywał się 38 etap wyścigu Tour de France. Niby nic takiego, holender jechał w miarę odpowiedzialnie, nie przewidział jednak, że w nagle pęknięciu ulegnie jego opona. Pech chciał, że wydarzyło się to w okolicy przepaści, która liczyła sobie 70 metrów. Kolarz nie był w stanie opanować roweru i zsunął się w dół. Na szczęście, tym razem historia ta nie pochłonęła ofiary. Dzięki pomocy kibiców, Est wydostał się na drogę, jednak dalszej jazdy kontynuować nie był w stanie. Zamiast pokonywać kolejne wyścigowe kilometry, przemierzał odległości w stronę szpitala. I tak chłopak miał wiele szczęścia, gdyż należy przypomnieć, że w tamtych czasach nie jeździło się, jak dzisiaj, w kaskach. W jego przypadku skończyło się happy endem.



Kolejną, również z zawodów Tour de France, „przygodą” jaką chciałbym Wam przypomnieć to ofiarność Djamolidina Abdoujaparova, którą popisał on się w 1991 roku. W zasadzie dopadł go ogromny pech! Jadąc w zielonej koszulce, na ostatnim etapie wyścigu, zaledwie 100 metrów przed metą! uderzył w barierki, znajdujące się tuż przy ulicy. Sytuacja miała miejsce już na Polach Elizejskich, a zawodnik aby utrzymać swoją pozycję, tak naprawdę musiał tylko przekroczyć linię mety. Z pomocą innych, Abdoujaparov wsiadł na rower i przy ogromnym bólu przejechał linię oznaczającą koniec wyścigu. Musiało go to jednak kosztować mnóstwo wysiłku, gdyż jak się okazało, miał on pęknięty obojczyk. No cóż, adrenalina, która zapewne mu wówczas towarzyszyła, zadbała o to aby chłopak osiągnął cel.


źródło: deskgram.net

Tym razem przypadek z zupełnie innej beczki. Sytuacja miała miejsce podczas Mistrzostw Świata juniorów w Doha. Iver Knotten nagle podjeżdża do krawężnika, zatrzymuje się i … przewraca. Początkowo nie wiadomo o co chodzi, kolarz dostaje drgawki, dopada do niego ekipa medyczna. Jak się później okazało, przyczyną takiej sytuacji było przegrzanie organizmu. Utwierdziło to organizatorów w przekonaniu, że organizowanie takiego wyścigu w Katarze w którym temperatury sięgały 40 stopni Celsjusza, nie było najlepszym pomysłem. Zaznaczyć należy, że do mety nie dojechało wówczas wielu kolarzy, a cała trasa była w zasadzie pusta, bez najmniejszej liczby kibiców.


źródło: www.procycling.no

Powyższy wypadek, to jednak nic, do wielkiej kraksy jaka miała miejsce „na naszym podwórku”, a mianowicie w Dąbrowie Górniczej. Był rok 2015, peleton zbliżał się do mety i oto na 200 metrów przed jej osiągnięciem wielki błąd popełnia Australijczyk Caleb Ewan – przewraca się, powodując upadek innych kilkudziesięciu kolarzy. Tylko dziewięciu zawodnikom z przodu udało się uniknąć kraksy, w tym Włochowi Matteo Pelucchiemu, który wygrał etap. Pomimo tego, że wypadek ten wyglądał fatalnie, nikt poważnie nie ucierpiał, a nasz Michał Kwiatkowski, który również był w tej grupie, skomentował to w ten sposób: „Po takiej końcówce ciągle mam w sobie ogromną dawkę adrenaliny. Leżałem, ale wygląda na to, że ze mną jest wszystko w porządku. Na pewno czuję się lepiej niż ci, którzy przewrócili się na asfalt jadąc z prędkością 65 km na godzinę”. Jako ciekawostkę dodam, że gdy już „uprzątnięto” ulicę, Kwiatkowski wsiadł na rower i jako 28 minął linię mety.


źródło: dziennikpolski24.pl

Niestety, nie wszystkie wypadki, które miały miejsce podczas wyścigów kolarskich kończyły się „tylko” w taki sposób jak powyżej opisałem. Były również bardziej dramatyczne chwile, a ich efektem była śmierć sportowców. Taki właśnie przypadek miał miejsce w 1995 roku, a dotyczył Fabio Casartelliego podczas Tour de France. No właśnie … i znowu ten Tour de France. Tym razem wszystko działo się podczas 15 etapu tego wyścigu w samych Pirenejach. Casartelli, liczący sobie wówczas 25 lat brał udział w kraksie w wyniku której doznał poważnych urazów głowy i twarzy. Niestety, kolarz zmarł kilka godzin po wyścigu nie odzyskując przytomności. I tym razem zawodnik jechał bez kasku. Fakt, nie był to wymóg konieczny organizatorów, ale biorąc pod uwagę prędkości jakie uzyskują zawodowcy, rozsądek sam powinien nam podpowiedzieć jego założenie. Zresztą ten i kilka innych wypadków, wymógł w końcu na Międzynarodowej Unii Kolarskiej wprowadzenie przepisu mówiącego o obowiązku używania kasków. Niestety, wiele lat za późno …


źródło: www.indiscreto.info

Śmiertelnych wypadków w kolarstwie było niestety więcej, jednak nie chciałbym się o nich za bardzo rozpisywać. Przedstawiłem Wam jeden przypadek, który chciałbym, aby był przestrogą dla wszystkich, nawet kolarzy – amatorów, którzy bez najmniejszego zahamowania próbują bić rekordy prędkości, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji jakie mogą ich spotkać. Wiem, że czasami pasja ta, tak mocno zawładnie naszym organizmem, że trudno z niej zrezygnować, ale pamiętać jednak należy, że w niespodziewanych momentach czekają na nas sytuacje, które trudno przewidzieć. Tak właśnie było z moim kolegą Karolem Szymańskim, który po ostatnim (zeszłorocznym) wypadku zrezygnował z kolarstwa. Zrezygnował z czegoś co kochał całe swoje dotychczasowe życie, bez czego w zasadzie nie wyobrażał sobie świata. Ale po kolei ...

Przygoda Karola z kolarstwem rozpoczęła się pod koniec lat 80-tych. W 4 klasie Szkoły Podstawowej nr 60 w Poznaniu, pod okiem wspaniałego trenera i wychowawcy Zbigniewa Szymańskiego stawiał on pierwsze kroki w młodzieżowym peletonie. Najpierw Borant, później Lech Poznań. Jazda indywidualna na czas, jazda drużynowa, wyścigi ze startu wspólnego, kryteria uliczne, wyścigi przełajowe, wraz z kolegami jeździł niemalże wszystko! To była prawdziwa szkoła kolarstwa. W roku 1990 podczas Międzynarodowego Małego Wyścigu Pokoju Szymański zdobył III miejsce w indywidualnej klasyfikacji generalnej, wygrywając pierwszy etap i kilka lotnych premii.



Sześć lat kręcenia, wiele przejechanych kilometrów i wylanego potu sprawiało ogromną frajdę. Jednak podczas edukacji w Liceum, trudno było mu pogodzić sport z nauką, dlatego po dwóch latach ścigania w Lechu Poznań pod okiem trenera Kazimierza Marchewki rower zawisł na przysłowiowym haku.

Po wielu latach, jako 30- latek wrócił do dawnej miłości. Tym razem ścigał się w zawodach MTB. Kilka małych sukcesów podczas maratonów MTB sprawiło, że zaczął poważnie myśleć o powrocie na szosę. Rozpoczął od zdobywania europejskich przełęczy, które przejeżdżają kolarze zawodowi podczas wielkich Tourów (Passo dello Stelvio, Alpe d`huez, Col de I`Iseran), później były wyścigi duathlonowe, a jako czterdziestolatek trenował już tylko "szosę".

Dwa przejechane sezony dały podstawy do tego, aby zacząć się ścigać. Bardzo popularne i prestiżowe wyścigi na Torze Poznań to było coś dla Karola. Tym bardziej, że była to okazja do spotkania z byłymi kolegami z peletonu. Bocian, Ostrowski, Schaefer czy Grobelny to tylko niektóre nazwiska znane w środowisku kolarskim, nie tylko w Wielkopolsce.



Kilka ciekawych i szybkich finiszów na torze tylko go "nakręcały". I kiedy nasz bohater układał już sobie plany na rok 2019, wystartował w kolejnym wyścigu. Niestety, wrzesień 2018 okazał się dla niego bardzo pechowy. Tor Poznań – czwarte okrążenie- kraksa- leżą trzy osoby- wjeżdża w nich z impetem! Później już tylko karetka - szpital- złamany obojczyk - zerwane więzadła barkowo- obojczykowe. To był KONIEC! Konice wielkiej przygody Karola z kolarstwem, które przez lata stanowiło jedną z Jego największych miłości …









Polub nasz profil

Dodaj komentarz

Autor:
Treść komentarza:

Wybierz obrazek na którym narysowany jest dom: